100 lat niczego

Nie pamiętam kto napisał w kontekście 3 maja, że Amerykanie świętują rocznicę uchwalenia konstytucji, która nadal obowiązuje, Francuzi nie świętują rocznicy uchwalenia swojej, bo ona dawno nie obowiązuje, natomiast Polacy świętują rocznicę uchwalenia, mimo, że ta nie obowiązuje, a nawet nigdy naprawdę nie weszła w życie. Dodam, że schizofreniczność świętowania 3 maja pogłębia jeszcze fakt, że nie była to wcale pierwsza polska konstytucja. Pierwszą były Artykuły Henrykowskie i to pierwszą na świecie.
Jeszcze bardziej schizofrenicznym świętem jest „święto niepodległości”. I nie chodzi mi tutaj o datę dzienną 11 listopada, która była kompletnie bez znaczenia. Tego dnia nic istotnego się nie wydarzyło. Ot Rada Regencyjna przekazała władzę wojskową Piłsudskiemu. Tylko wojskową, bo pełnię władzy dopiero kilka dni później. Co zresztą było aktem bez znaczenia, bo Rada Regencyjna miała tak naprawdę niewiele do gadania. Chodzi mi o co innego.
Świętowanie niepodległości ma sens w dwóch wypadkach. Po pierwsze gdy się ją dopiero uzyskuje, a nie odzyskuje. Odzyskanie też może mieć sens o ile jest faktycznym odzyskaniem, a nie chwilowym. Tymczasem efemeryda jaką była Polska międzywojenna nie przetrwała nawet jednego pokolenia i nastąpił znacznie dłuższy od dwudziestolecia międzywojennego okres braku niepodległości. Obojętnie czy ktoś kolejne odzyskanie niepodległości wiąże z Magdalenką/okrągłym stołem, niekontraktowymi wyborami, czy zwycięstwem PiSu w ostatnich wyborach, to i tak wychodzi, że przez większość tego stulecia tej niepodległości nie było. Co tu świętować?
No chyba, że przyjmiemy punkt widzenia komunistów, wtedy faktycznie była tylko krótka przerwa na pięć lat wojny i okupacji, a potem voila – niepodległy PRL. 11 listopada świętem komunistycznym? Jeżeli jednak nie, to zadam przewrotne pytanie: dlaczego jako odzyskania niepodległości nie świętować powstania Księstwa Warszawskiego?
Popatrzmy. Zarówno Polska międzywojenna (konsekwentnie nie używam terminu II RP, bo rzeczpospolita była tylko jedna, a późniejsze reaktywacje nie zasługują na tą nazwę), jak i Księstwo były bytami tak samo krótkotrwałymi. Oba powstały w wyniku powszechnego konfliktu, a zakończyły swoje istnienie wraz z jego kolejną odsłoną. Oba powstały przy wybitnej pomocy Francji, oba przestały istnieć w wyniku wejścia w strefę wpływów Rosji i ofensywy armii rosyjskiej. W obu wypadkach mieliśmy zakończone sukcesem powstania w Wielkopolsce. W obu przypadkach z zachodu przybyła emigracyjna armia wystawiona na koszt Francji. W obu wypadkach mamy tuż po powstaniu państwa zwycięską wojnę z byłym zaborcą (Austrią i bolszewicką Rosją). Ba, nawet w obu wypadkach zwycięzcy wodzowie mają tak samo na imię – Józef. Żeby tylko imię, nawet nazwiska Poniatowski i Piłsudski zaczynają się na tą samą literę i kończą na „ski”. I obaj otrzymają później rangę marszałków.
Oba kraje wprowadziły postępowe jak na swoje czasy prawodawstwo. Kodeks Napoleona w Księstwie, ośmiogodzinny dzień pracy, prawa wyborcze kobiet, związki zawodowe w międzywojniu. Mimo to w obu wypadkach silny udział we władzy miało wojsko, a faktycznie rządził kto inny niż nominalnie (znowu dwóch Józefów P.). W obu wypadkach Gdańsk był wolnym miastem.
Tak samo wygląda koniec obu tych tworów. Jak już pisałem następuje on w wyniku kolejnej odsłony tego samego konfliktu, który umożliwił ich powstanie. W obu wypadkach naczelny wódz opuszcza kraj. W obu wypadkach powstaje marionetkowe państwo pod rosyjską kontrolą o mniejszym terytorium. I wiecie co? W obu wypadkach militarni namiestnicy Rosji mają na imię Konstanty. I ich nazwiska też zaczynają się na tą samą literkę: Rokossowski i Romanow!
Jeżeli zatem jedyne co różni Księstwo Warszawskie od Polski międzywojennej to tytuły książęce pierwszego Józefa P. i pierwszego Konstantego R., to jaki jest sens świętować powstanie tego drugiego, a nie pierwszego? No chyba, że chodzi właśnie o te tytuły i to faktycznie „komunistyczne” święto.
Uprzedzając, fakt użycia, lub nie słowa „Polska” nie ma tutaj nic do rzeczy. Kraj, którego istnienie zakończyły rozbiory też nie nazywał się Polska, tylko Rzeczpospolita Obojga Narodów (nota be święto „utraty niepodległości” czyli Unii Lubelskiej miałoby więcej sensu niż świętowanie powstania międzywojennej efemerydy), a kiedy powstawał, to był plemiennym państwem Polan, względnie państwem konkretnego księcia, ale nie „Polską”. Za to „Polską” były oba byty podległe: Królestwo Polskie – „Kongresówka” i PRL.
Co prawda jak głosi stara maksyma – każdy pretekst do imprezy jest dobry, ale może nie każda wzięta z czapy data to dobry pomysł na urządzanie rocznicowych szopek. Tymczasem mamy w Polsce tendencję do świętowania jak nie dostania wpierdol, to kompletnie nieistotnych dat. Jednocześnie kompletnie ignorując takie, które akurat na upamiętnienie zasługują (np. 28 stycznia – kto w ogóle pamięta czego to rocznica?).

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s