IDEE: Heglowski koniec historii – dziecięca choroba anarchizmu

dnia

M10: Heglowski koniec historii – dziecięca choroba anarchizmu

Na XIX wieczny anarchizm, podobnie jak na większość ówczesnych doktryn, idei społeczno-politycznych mocno oddziaływała myśl filozoficzna Hegla. Nie można się temu dziwić, to Hegel stworzył większość pojęć, które posłużyły buntującym się przeciwko realiom połowy XIX wieku działaczom do opisania kondycji społecznej. Wystarczy wspomnieć alienację, uprzedmiotowienie, czy heglowska triadę. Lista jest jednak o wiele dłuższa.

Trudno przecenić wartość tych narzędzi i wszelkie próby „wycięcia” Hegla z procesu powstawania także anarchizmu są bezsensowne. Choć oczywiście miał on kompletnie inny wpływ na Proudhona niż na Bakunina. A sam anarchizm nie jest też tak nierozerwalnie związany z Heglem, jak jest to w wypadku Marksizmu.

XIX wieczna myśl polityczna, wraz z marksizmem, ale też anarchizmem, zaczerpnęła jednak nie tylko aparat pojęciowy Hegla, ale też podświadomie chyba przeniosła ze sobą heglowski koniec historii.

Hegel był filozofem chrześcijańskim, za takiego się sam określał. Dla Hegla historia była swoistą teozofią. Dlatego nic dziwnego, że zwieńczeniem drogi do świadomości jest dla niego „wiara i wiedza”. To chrześcijaństwo narzuca też Heglowi linearną koncepcję historii, a jej zwieńczeniem ma być koniec historii.

Dla Hegla był to koniec historii w osobie Napoleona, którego pojawienie się miało być zwieńczeniem procesu historycznego. Nie ma sensu tego tutaj rozważać, ale to co jest ważne, to fakt, że Hegel daje nowym ruchom społecznym, w tym marksizmowi i anarchizmowi, ale też myśli prawicowej, ideę końca historii, jakiegoś punktu kończącego ewolucję kulturalno-społeczną człowieka. [Osobiście nazywam to „świeckim milenaryzmem”.] Ma to swoje głębokie konsekwencje dla (pod)świadomości buntowników.

Po pierwsze, kiedy chrześcijańscy milenaryści, wierzą w ponowne nadejście Jezusa Chrystusa, tak wielu anarchistów wierzy w wybuch „powszechnego buntu mas ludowych” (anarchokomunizm), albo w strajk powszechny (anarchosyndykalizm), albo „bankructwo państwa” (anarchokapitalizm). Mają to być przełomowe, wieńczące historię wydarzenia, na które każdy czeka, ale nikt nie potrafi za bardzo powiedzieć, jak do nich dojdzie. Oczywiście jest mowa o „narastaniu sprzeczności”, „pogłębiających się nierównościach”, „niespłacalnym zadłużeniu” itp. W rzeczywistości są to tylko protezy, które mają zamaskować religijny charakter oczekiwania na cud.

Po drugie, prowokuje to tworzenie koncepcji idealnego społeczeństwa przyszłości. Przecież po cudzie, jakim będzie koniec historii, zapanuje panowanie królestwa bożego, komunizm, syndykalistyczny raj robotników, czy też anarchokapitalistyczny doskonały wolny rynek.

Dlatego dostajemy wizję doskonałego, szczęśliwego społeczeństwa, w którym każdy jest zadowolony. Te wizje są w sumie takie samem, czy mamy do czynienia z anarchokomunistycznym kolektywem „bezinteresownie pracującym dla wspólnego dobra”, czy syndykalistycznymi „zakładami pracy zarządzanymi przez samych robotników”, czy też anarchokapitalistycznym rajem „posiadaczy własności, którzy są świadomymi i odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa równych” (ale nie równości). Są identyczne, ponieważ zakładają, że na tym się skończy historia ludzkości. Tak jak by miał zakończyć się rozwój technologiczny czy naukowy.

Anarchizm w takiej formie zawsze pozostanie marginesem z prostego powodu: ludzkość, choć trudno w to czasami uwierzyć – poszła do przodu od czasów Bakunina, Sorela czy Spoonera. Ludzie nie potrzebują mitów o przyszłej utopii, tylko chcą rozwiązań na dzisiaj, które choć trudne, mogą mieć praktyczne zastosowanie w obecnym społeczeństwie, w obecnym modelu socjoekonomicznym.

Człowieka z ulicy nie obchodzi, że według Bakunina będzie szczęśliwszy „pracując bezinteresownie w kolektywie”. Pomijając fakt, że w realiach Polski XXI wieku społeczeństwo on bloc jest uodpornione na wszelkie wizję „wspólnego” posiadania. Ludzie nie chcą rewolucji, a alternatywnego modelu rozwoju i rozwój jest tu słowem kluczowym.

Współczesny anarchizm musi także uwzględnić fakt, że od połowy XIX wieku wiemy dużo więcej o psychologi społecznej, indywidualnych procesach poznawczych, wpływie socjalizacji i uwarunkowań genetycznych, roli wzorów kultury, zachowaniach celowych, itp. itd. Ignorowanie tego wszystkiego w imię przywiązania do XIX wiecznych idei jest skrajną głupotą.

Nie chodzi o stworzenie anarchistycznej wersji „reformizmu”, ale urealnienie środków i celów pośrednich, ponieważ końca historii nie będzie. Nie będzie go nawet kiedy zniknie państwo. Wręcz na odwrót, wtedy przyśpieszy ewolucja społeczna, a wraz z nią i historia. Końca historii nigdy nie będzie – no chyba, że ludzkość zginie wraz z końcem układu słonecznego, ale to dosyć daleka perspektywa i pozwólmy się tym martwić ludziom przyszłości – będziemy wciąż się zmieniać, a wraz z tym będzie musiał się zmieniać i anarchizm. Zachowując istotę – sprzeciw wobec przymusu państwowego – musi zacząć rozpoznawać fakt, że świat się zmienia. Panta rhei.
Anarchizm by odegrać jakąkolwiek rolę we współczesnym społeczeństwie musi zdefiniować się na nowo. Inaczej będzie to tylko wieczna impreza na śmietniku systemu w oczekiwaniu na cud.

Z drugiej strony, to może właśnie chodzi o zabawę w rewolucję?

PS.: Jakby jeszcze chodziło o zabawę w rewolucję (reformizm – jakościową zmianę systemu), to by nawet nie było takie złe. A tu często chodzi o zwykły lans towarzyski, o kreowanie maski buntownika itp.

Reklamy

Jeden Komentarz Dodaj własny

  1. goltheriagmailcom pisze:

    Reblogged this on Verde Rebellion.

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s