OPINIE: Skąd się wziął nas/izm (ofiary) i co z tym zrobić?

dnia

Janusz P. Waluszko: Skąd się wziął nas/izm (ofiary) i co z tym zrobić?

Nas/izm to ideologia wynaleziona przez murzyna Sienkiewicza: „jak ja bogu – dobrze, jak bóg mi – źle, ja ukraść być dobry, mnie ukraść być zły”, „nasi” (choćby świnie) są ok., a obcy be… W sumie proste jak drut kolczasty i na głowę Polaka-króla się nadaje! Ideologia tego typu gości u nas, odkąd endecy kupili niemiecki nacjonalizm, przeciw Niemcom zresztą – naśladowców nigdy nie brakowało, do skrajności doprowadził to ONR, którego wódz – Piasecki służył wiernie komunie, idąc ręka w rękę z jej najgorszym, ubeckim odłamem, w 1968 wsparł „partyzantów” Moczara przeciw opozycji i buntowi młodzieży. Dziś pogrobowcy ONR czczą „wyklętych”, tych samych, których zabijał Moczar i jego ludzie, głosząc ten sam, co Moczar antysemityzm przeciwko radykalnej czy liberalnej inteligencji (nb., to ciekawe, że dziś „walczą z komuną” psy łańcuchowe komuny, pogrobowcy PAX, ZP „Grunwald” etc., którzy wtedy zwalczali opozycję – aż żal słuchać Gwiazdy, co „miał rację”, ale już jej nie ma(!), gdy bajdurzy o „kolejnym pokoleniu ubeków i kolejnym pokoleniu wyklętych”, bo mu się na starość strony pomieszały i w walce z „układem” zapędził się do PiSuarów, a przecież to Kaczyńscy nakręcali „układ” okrągłego stołu i w służbie TW „Bolka” wycinali a nawet opluwali Gwiazdę i jemu podobnych). Tu chciałbym się zastanowić, skąd bierze się to pomieszanie pojęć i stron (można być liberalnym „lewicowcem” i etatystycznym „prawdziwkiem” np.) i skąd bierze się wiara w ideologię nas/izmu, w wersji hard (ONR etc.) i – dużo popularniejszej – wersji soft (PiSuary)?!

Społeczeństwo to nie masa a ludzie zorganizowani, walczący o swe prawa. Taka była pierwsza „Solidarność”, która jednak została rozbita w stanie wojennym po 13 XII 1981; do połowy lat 80. wygasły protesty, coraz mniej ludzi wychodziło na ulicę i wydawano coraz mniej bibuły. Sytuacja zmieniła się po części w końcu lat 80., gdy przyszło nowe pokolenie, ale nim nowy ruch nabrał rozpędu władza i stara opozycja dogadały się (obie nomenklatury miały się uwłaszczyć i podzielić władzą – w gospodarce rynkowej grającą mniejszą rolę, choć dającą zysk jej przedstawicielom – dziś często są to mafijne układy, a że nasz kapitalizm jest nieco peryferyjny, dostęp do urzędu daje często dostęp do kasy, stąd parcie na koryto, zwłaszcza w czasach kryzysu, gdy nie da się konkurować z wielkim zagranicznym biznesem). Uwłaszczenie nomenklatur dało kasę władzy i opozycji, dorobili się też stołków i koryta ludzie obrotni, porobili kariery i biznesy, choć daleko im do „nowych ruskich” za wschodnią granicą – u nas rządzi obcy kapitał, to on wykupywał i likwidował zakłady, to on daje dziś pracę i czerpie zyski, lokalni kacykowie co najwyżej podczepiają się pod to, wychwytują okruchy z pańskiego stołu, robią przekręty na dotacjach z UE etc. Dla mas, które wcale nie mają gorzej niż za komuny – nawet w tych kultowych pegeerach – kacykowie i celebryci to jednak ktoś, komu się powiodło, kto ma więcej, może w pełni rozkoszować się orgią konsumpcji a nie tylko dociągnąć do pierwszego… Rodzi to zawiść – zwłaszcza, że miało być inaczej, jak obiecała pierwsza i druga „Solidarność” (zrazu walczono o Samorządną Rzeczpospolitą i socjalizm z ludzką twarzą, ale po ’86 zaczęto łudzić, że będzie tu istny Zachód, przy czym związek roztoczył „parasol” ochronny nad reformami, które w ’86 zaczęła już komuna – plan Messnera > Rakowskiego, a po ’89 Balcerowicza, czyli wprowadzenie rynku w społeczeństwie pozbawionym przez państwo kapitału).

Zdrada „Solidarności” (zaniechanie walki z komuną a potem ochrona dla aspołecznych reform) to pierwszy poważny uraz i już w wyborach 1993 ludzie wystawili za to rachunek, wygrały… komuchy (dwa lata potem także w wyborach prezydenckich)! Zrazu wielu wierzyło w zachodnią orientację nowej „Solidarności”, ale potem się okazało, że nie wszyscy robią kariery, dorywają się do stołków i koryta, co jest może oczywiste, ale naiwność ludzka nie ma granic. Kiedy ostrzegaliśmy, że tak będzie, miano nas za zdrajców czy oszołomów, szybko jednak wyszło na nasze. Niestety, wnioski jakie wyciągano były żenujące. Wielu uznało, że gdyby wygrali nie ci, co wygrali, a „nasi”, to system (choć taki sam) byłby fajny, dla nich… Program, z którym do wyborów szły partie prawicowe (AWS, a zwłaszcza PiS) da się streścić skrótem TKM, „teraz k… my” – system będzie ten sam, ale my zrobimy wam dobrze, bo to my a nie oni… Tymczasem tryby demokracji parlamentarnej każdy program mielą na drobne (trawiąc i wydalając) i czasem istotne sprawy, a czasem tematy zastępcze obracają w punkty wyborcze. Żadna (!) władza nie dotrzymuje wyborczych obietnic, więc mniej więcej co cztery lata zmieniały się rządy AW$LD czy PO/PIS-u. Dwie kadencje PO w ostatnich latach to ewenement, dzięki któremu udało się wmówić części wyborców, że „oni” rządzili przez całe poprzednie ćwierćwiecze – a w wersji radykalnej i za PRL – rozmywając przy tym odpowiedzialność Kaczyńskich za „okrągły stół” i czyniąc z Komorowskiego symbol układu, choć wtedy, jako działacz PPN, był on przeciwnikiem dogadywania się z komuchami (cóż, pamięć jest krótka). W efekcie wielu ludzi, którzy kiedyś walczyli z systemem, dziś ma za „system” poprzednią władzę i na złość mamie odmraża sobie uszy, głosując na PiS, a nawet na Kukiza i nazistów ukrytych w jego szeregach.

Obok chęci odreagowania, PiS oferował jeszcze jedno, pozór nowej – czy raczej odzyskanej – wspólnoty. Może nic nie uda się zmienić (choć tu naiwność ludzi przeżywających drugą młodość jest chyba czasem większa niż u nastolatków), ale będziemy razem, powstanie lud ziemi i dokona „dobrej zmiany” (detale nie grają roli), znów będzie jasne, gdzie jesteśmy my, a gdzie są oni (może już nie „Żydzi”, ale „lewacy” czy wręcz „ZOMO”, „kolejne pokolenie UB” etc., zależnie od tego, co kogo kręci i jak sobie wyobraża nie/naszych; tuż przed wyborami PiS dostał bonus w postaci widma imigrantów, którzy nas zgwałcą i każą klepać pacierze, oczywiście nie/nasze, zapominając o tym, że po wojnie w Czeczenii pojawili się oni u nas w liczbie 90 tys. i to nie jakieś ofiary wojny, ale także muzułmańscy wojownicy, którzy nie wiedzieć czemu w Polsce wysadzać nie chcieli się wcale). PiS zwalając winę na „onych” zdejmował ją nie tylko z siebie, ale i z wyborców, którzy głosowali na SLD, PO czy choćby Samoobronę i LPR (nikt nie chce przyznać, że stchórzył po 13 XII, że po ’89 dał się omamić politykom, winny musi być ktoś inny). Nieudaczni – w polityce, a przede wszystkim w administrowaniu – reprezentanci nieudacznej części społeczeństwa. Tymczasem wyborcy PiS to mniej niż 20% uprawnionych do głosowania (za to ciut ponad pół sejmu; tu widać fałsz demokracji traktowanej totalitarnie – wygrałem, mogę wszystko)!

I byłoby (im) miło, gdyby nie to, że – inaczej niż za „Solidarności”, do której zapisywali się nawet partyjni czy milicjanci – ta wspólnota jest lipna. Po pierwsze, nie ma niczego, co naprawdę ją łączy, żadnego pozytywnego programu, poza walką z układem (nie zauważają nawet, że teraz to oni będąc u władzy tworzą układ właśnie, pazernie rzucając się na wszelkie stołki i koryta – nawet u władzy grają kontestatorów systemu, jak nie u nas to w Unii czy świecie w ogóle). Po drugie, nowa solidarność wyklucza połowę dawnej „Solidarności” (także wyrosłej z opozycji i to bardziej serio niż Kaczyński, którego zapomniano internować, nie mówiąc już o prokuratorze Piotrowiczu odznaczonym przez komunę za stan wojenny), wyklucza też większość publiki, której nie kręcą odgrzewane „wojny na górze”, a która nie widzi realnych zmian, czy po prostu roli polityki w swoim życiu, a nie jest dość dotknięta przez los by zapominać o interesach i skupiać się na resentymentach, więc biernie przygląda się wojnie gangów PO/PiS-u. Zdziwienie dotyczy zarówno tych, co uwierzyli w erzac wspólnoty oferowany przez PiS – zamiast być z nami (wiadomo wszak, że „kto nie z nami ten jest przeciw nam”, taki PiS-bolszewizm) – znajomi i przyjaciele często pukają się w głowę a nawet jawnie z tym walczą – zamiast wspólnoty rodzą się podziały, jakich nie widziano od stanu wojennego. Zdziwienie dotyczy też władzy, bo druga strona nie tylko się nie rozpadła, ale wręcz zaczęła jawnie organizować i protestować (nie oceniam tu, czy KOD jest coś wart, odrzucam politykę w ogóle).

Czy oznacza to rychłą klęskę (spowodowaną nieudolną administracją i obietnicami wyborczymi – nie gra roli, czy zostaną spełnione i zbankrutują państwo, czy nie będą dotrzymane, co rozczaruje naiwnych)? Czy – by ratować się przed klęską wyborczą – PiS będzie próbował zmienić system a nawet uzbroić bojówki (obrona terytorialna, ustawy policyjne)? Czy to przejdzie na Zachodzie w XXI w.? I czy nie skończy się jak zwykle – np. w 1926 czy po ’45 – pogromem pogromców, by mieli znów co czcić i wspominać (prawica-reakcja to masa zer, liczniejszych niż lewica-liberałowie, ale nie tak sprawnych jak jednostki; prawdziwki muszą być zewnętrznie sterowana, gubią się i giną bez wodza). Nie zmienia to faktu, że siłą do której PiS może się znów odwołać są naziści. Część młodych (nie wszyscy, głównie ci na poziomie band kibiców, co dobrze ich charakteryzuje – nie tworzą polityki a kibicują innym) poszła radykalnie w prawo, bo cały PO/PiS całe zło przypisywał spadkowi po PRL i trudno było w tej sytuacji odwoływać się do interesów, łatwiej mówić o wartościach. Co ciekawe, to pierwsze pokolenie, które nie miało własnego zbiorowego doświadczenia, własnego powstania warszawskiego, października ’56, marca ’68, sierpnia ’80 i stanu wojennego czy choćby protestów z ’88 (choć to ostatnie pokolenie zdławiono w zarodku). To sprawia, że można im wcisnąć dowolny kit, bo nie zakorzenieni w realnym przeżyciu nie potrafią ocenić wartości tego, co im się sprzedaje.

Kiedy naziści z ONR itp. formacji zrozumieli, że ich idee nie są popularne, zaczęli „walczyć z komuną”, której dawno już nie ma (nie ma nawet – choćby i pseudo – lewicowej reprezentacji w sejmie). Nic to, że ich antenaci wiernie służyli komunie, a nawet władzy i policji po ’89 w zwalczaniu opozycji antysystemowej. Zaczęli przywoływać pamięć „żołnierzy wyklętych”, mieszając przy tym patriotów z nazistami czy zwyczajnymi bandytami, byle byli przeciw władzy, nawet jeśli nie do końca (nie miejsce tu na rozstrzyganie wątpliwych nieraz życiorysów). Dziś tworzy to hałaśliwy ruch, podkręcany lękiem przed mitycznymi imigrantami (w Polsce jest ich mało, szczególnie islamsko-kolorowych, pewnie najmniej w całej Europie). Co zrobi PiS, gdy zaczną się radykalizować, a PiS zacznie tracić popularność? Rozda im broń – której mogliby użyć i przeciw niemu – czy odstrzeli, by zyskać punkty w oczach liberałów i Europy, by i go nie odstrzelono [swoim radykalizmem w walce z układem (czyli zastępowaniem na wszelkich stołkach i we wszelkich instytucjach) cudzych ludzi i treści PiS prowokuje do odwetu, który może mu zgotować opozycja, a któremu z ulgą przyklaśnie Zachód, mający dość tego typu eksperymentów i zmęczona nimi publika. PiS nawet nie widzi, że swoim postępowaniem kompromituje wszelką walkę z układem, także rzeczywistą – a nie polegającą na zamianie ról – a może – kupując mentalność spiskową PiS, taka jest jego rola w układzie]? Tak czy siak, najgorszym rozwiązaniem byłaby wojna domowa, nawet na poziomie pierwszej połowy lat 1920 (nie lękam się o jej wynik, ale nie lubię ofiar, inaczej niż prawica, która żyje zarówno pamięcią o nich, jak i żerując na ofiarach, nieudacznikach życiowych i ich resentymentach). Marzy mi się nie przegięcie pały w lewo* czy w prawo – nie gra roli, obie strony są siebie warte – a wyłączenie wojny gangów, nie głosowanie to na jednych, to na drugich, ale skreślenie wszystkich, wyłączenie układu. Pierwszym krokiem w tym kierunku mogłaby być np. kampania na rzecz neutralności prawa. Jeśli ktoś ma inny pomysł, chętnie posłucham, zapraszam do dyskusji (nie jest nim dla mnie włączanie się w spór PO/PiS-u czy gonitwy z nazistami, bo to tylko ich nakręca).

J@ny Waluszko

*/ PS., nie kuma mechaniki społecznej ten, kto uważa, że dziś jedynym – czy choćby sensownym – pomysłem dla nas, anarchistów jest wsparcie socjaldemokracji = Razem. W ’88/89 nie byliśmy fanami porozumienia (okrągłego stołu), choć dziś mogę docenić jego wartość, biliśmy się na ulicach i… wspieraliśmy tym „Solidarność”, jako lepszą od komuny, w jej dogadywaniu się z komuną i tworzeniu demokracji rynkowej – dzięki nam w rozmowach miała argumenty, że wprawdzie sama nic nie może komunie zrobić, ale – jak się komuna nie dogada – to „Solidarność” nas nie powstrzyma i może być niezbyt dobrze dla obu stron układu. Nasze zadymy podnosiły cenę za jaką tamci musieli kupić „Solidarność”. Dzięki temu mamy III RP a nie ex-ZSRR, Chiny czy co gorsza Koreę pn. (czerwoni mogli się uwłaszczyć bez demokracji, ba – trwać bez zmian, aż do zupełnej ruiny jak na Kubie czy wojny domowej jak w Jugosławii, Syrii etc.). I tak samo dziś nie należy w ogóle wspierać Razem, ale walczyć o swoje, także „przemocą” (na przemoc prawdziwą i tak nas nie stać, przynajmniej na razie), a tamci ustąpią im by ludzie nie poparli nas (to jedyny sposób poparcia, jaki możemy udzielić Razem, wejście w socjaldemokrację byłoby taką samą katastrofą jak ekologia w NGOs’ach lub liberałowie robiący zamiast lewicy społecznej „lewicę” obyczajową).

To, że lewica nie była radykalna, że szła w wybory czy kluby dyskusyjne i przedruki idei z Zachodu, pozwoliło dziś na przegięcie pały w prawo, tak jak nigdy dotąd (naziści otworzyli drogę do sukcesu nas/izmu PiS etc. swoimi zadymami i podkręcaniem napięć, a nawet opozycja PiS to prawdziwki z PO/.Nowoczesnej). Nie musi to być przemoc czy seanse nienawiści do systemu (tego lewej stronie zabrakło i oddała masy prawdziwkom, zajmując się obyczajami), może to być równie dobrze szyderstwo i „neutralność prawa” wyłączające psychologiczne podstawy wiary w prawdziwki czy nawet demokrację i kapitalizm w ogóle, tak jak Pomarańczowa Alternatywa ośmieszała bazę komuny… I jeszcze jedno istotne zastrzeżenie, trzeba dymić jak anarchiści (choćby po ’89) dla społeczeństwa, nie jak komuna czy prawdziwki dla władzy – nie sięgając po nią 1) nie wypaczymy rewolucji, 2) nie pozbawimy mas organizatora walki o swe prawa, jak komuna po wojnie czy „Solidarność” po ’89 pokonując poprzednie systemy, co powodowało, że nikt nie organizował ludzi w społeczeństwo, a ci się czuli dwuznacznie, bo niby „wygraliśmy” a jest do dupy i kto winny (trudno zbuntować się przeciw „swoim,” gdy już NIE SĄ JUŻ SWOI, a „nas” nie ma)?! Idzie o totalny rozpieprz w systemie, a jednocześnie kreowanie alternatywnych form życia, pracy i myślenia chodzi, czego w socjaldemokracji brak na pewno, a w co – jako anarchiści – wtopilibyśmy, czyniąc ją – a nie siebie – skrajem możliwego.

Reklamy

Jeden Komentarz Dodaj własny

  1. fonofilka pisze:

    No właśnie, co z tym zrobić. Chyba wiele/u z nas ma takie wrażenie, że to jest czas działania. Myślę jednak, że mamy za małe zaplecze w ludziach, żeby robić skuteczny rozpierdol. Najpierw musimy popracować nad zapleczem.
    Z drugiej strony obecna władza robi taki totart, że coraz więcej zwykłych ludzi skłania się ku anarchizmowi. Ludzie mają dość. Czy jesteśmy w stanie wykorzystać tę okazję? – nie wiem.
    Za to niespodziewanie jako męczennicy rządów PiS zyskaliśmy sympatię socjaldemokratów i liberałów. Tylko czy to dobrze czy to źle? Oni chyba nie do końca rozumieją, że próbują oswoić dzikie zwierzę, że głaszcząc ryzykują pogryzienie.

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s