IDEE: Neutralność Prawa

Ani za, ani przeciw, swobodnie (i odpowiedzialnie)!

Stanowisko Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego w/s neutralności prawa

Totalizacja

Mimo pozornej demokracji wolnorynkowej żyjemy w świecie narastającego totalizmu fundamentalistów + politycznej poprawności, którzy dla naszego dobra (oczywiście, bo przecież nie chodzi im o ich własny interes) chcą nam na siłę zrobić dobrze coraz to nowymi nakazami i zakazami. Bo, w gruncie rzeczy, nie ma większego znaczenia, czy państwo delegalizuje czy legalizuje kolejne obszary życia, skutek będzie ten sam, teraz to rządy i sądy będą decydowały, co mamy robić ze swoim życiem. Oczywiście dla fundamentalistów + politycznej poprawności to w porządku, bo liczą oni na to, iż to ich pomysł na nasze życie zwycięży w oczach rządzących i mas wyborców, ale oznacza to, iż ktoś (w tym jedna ze stron) musi przegrać, że ogół (jak w totalizmie władza) będzie jednostce narzucał, jak ma żyć, nie licząc się przy tym z jej zdaniem i wolą. I w tej sytuacji nie ma znaczenia, czy to zwolennicy, czy przeciwnicy np. pornografii, przymusu szkolnego, aborcji, obligatoryjnych ubezpieczeń, eutanazji, małżeństw homoseksualnych, narkotyków, idei rasistowskich czy czego tam jeszcze, zwyciężą. Oznacza to bowiem zawsze, że ktoś (a zawsze będzie to także państwo) kogoś innego będzie niewolił, dlatego, że tamten czuje inaczej. Państwo w ten sposób przyzwyczai się jeszcze bardziej, że to urzędnicy decydują za nas w każdym aspekcie naszego życia, jak żyć, a społeczeństwo jeszcze bardziej odzwyczai się od decydowania o sobie, odpowiedzialności za własne życie, ograniczając się w swej aktywniejszej części do tego, by narzucić przy jego pomocy swój typ ingerencji w życie ogółu i nie próbując wyjść poza to, ku wolności.

Etyka

Wolność to ciężki kawałek chleba, bo oznacza samodzielną odpowiedzialność za to, co się nam przydarza. Jeśli np. chcę ćpać, to muszę się liczyć z tym, że nikt nie będzie zobowiązany do udzielenia mi pomocy (czy tym bardziej finansowania moich odlotów). Podobnie nikt nie ma obowiązku finansowania skrobanek, samobójstw na życzenie, czy nawet świadczenia tych usług za pieniądze, jeśli np. nie godzi się na zadawanie śmierci. Społeczeństwo nie musi też dbać o los kogoś, kto nie chciał się uczyć, płacić podatków czy składek ubezpieczeniowych… (ale to wcale nie musi oznaczać, iż nie może tego robić z miłości bliźniego czy kaprysu, tyle że zawsze jest to dobrowolną ofiarą tego, co daje). W zamian za to jednak nikt nam nie mógłby zakazywać żadnych używek, wagarów, aborcji, gadania o Żydach i masonach itp. Albo inaczej, nikt nie mógłby tego robić w sposób powszechnie obowiązujący, tak jak ma to miejsce w państwie, bo oczywiście w swoim domu czy gminie każdy mógłby co zechce sobie robić, w swojej knajpie sprzedawać trawę lub zakazać jej sprzedaży czy palenia, w swojej klinice dokonywać zabiegów lub nie – nie miałoby to bowiem znaczenia, jeśli mógłbym znaleźć gdzieś jakąś alternatywę. Oczywiście może się zdarzyć, iż nie znalazłbym jej nigdzie i bardzo dobrze, bo jeśli w jakiejś kwestii panuje powszechna zgoda, to nie jest to ten moment, który tu chcemy poruszyć (czemu? O tym dalej). Tu idzie o sprawy, co do których nie ma zgody w najmniejszym stopniu – nie mamy nic przeciwko temu, by państwo, póki istnieje, czy też samo społeczeństwo ścigało przestępców, a więc tych, co pozbawiają innych życia, zdrowia, wolności i mienia. Oczywiście to społeczność ustala, co pod tymi pojęciami rozumie, ale nie zawsze panuje w tej kwestii zgoda.

Chaos

Klasycznym przypadkiem są tzw. przestępstwa bez ofiar, ściślej takie, gdzie człowiek sam sobie robi (zdaniem innych) krzywdę, kiedy np. ćpa (czy pije samogon), prostytuuje się, czy popełnia samobójstwo. Także w sytuacji, gdy jedynym poszkodowanym jest państwo, bo ludzie nie chcą płacić podatków, służyć w armii czy poddać się indoktrynacji w szkole, nie widzimy powodu, by kogoś za to ścigać, choć w oczach wielu może być to brane za zdradę kraju, a szkodzenie sobie za pozbawianie go jego obywateli, istnych niewolników. A że wiele z tych przestępstw ma coraz powszechniejszy charakter i jednocześnie nie spotyka się z powszechnym potępieniem, dowodzi, że coś jest tu nie tak. Podobnie niejasna jest sytuacja z aborcją – dla jednych to zabijanie dzieci, dla innych kwestia wolności kobiety do decydowania o własnym ciele. Także wśród nas nie ma w tych sprawach jednoznacznego stanowiska, są absolutni abstynenci i ci, co lubią sobie zapalić (o, to nie jest tytoń), jedni mogą zaakceptować, że ktoś jawnie nie lubi ich czy innych ludzi (o ile nie narzuca się z tym, czy nie wyraża tego przemocą, ale to już bezdyskusyjne przestępstwo), inni akceptują aborcję itd., itp. Tu idzie nam o to, by wznieść się ponad swój prywatny światopogląd i spróbować szukania rozwiązań na skalę szerszą (co można nazwać światopoglądem publicznym). Mamy bowiem świadomość, iż nasze poglądy są nasze, nie jedynie słuszne (tak samo jak to, że wolność nie musi oznaczać dobra i może się okazać, że nie ma innego wyjścia jak system, by ludzie się wzajemnie nie zarzynali, w imię swych obsesji, nie chcąc zrozumieć innych). Zaczynamy zaś od spraw, co do których brak konsensusu, bowiem tam właśnie brak równowagi sprawia, że nawet drobne działania mogą więcej zdziałać niż w kwestiach, co do których ogół kupił bajkę, iż bez państwa żyć się nie da.

Neutralność

Nasz pomysł jest wielostopniowy. Stopień najprostszy to forma, którą mogłoby zaakceptować nawet państwo, które na serio byłoby emanacją społeczeństwa – każdy płaci za siebie. Idzie tu zarówno o (nazwijmy to) klienta, jak i producenta. Państwo (czy też społeczność) wymaga, by ci, którzy wprowadzają na rynek jakiś towar (dragi, auta, butelki z piwem i reklamowane śmieci etc.) musieliby opłacić zgodę na ich dopuszczenie do obiegu, ponosząc rzeczywiste koszta społeczne danej aktywności. W wypadku dilera dragów np. byłyby to koszta leczenia ćpuna, sprzedawca piwa czy mleka płaciłby za utylizację opakowań, o ile nie skupiłby ich z powrotem, producent aut – budowę dróg, odśnieżania, pomocy ofiarom wypadków, zanieczyszczenia powietrza itd., itp. Mogliby dzielić koszta z klientem, wliczając to w koszta towaru (jak ktoś chce sam z czegoś korzystać, powinien sam za to zapłacić). Można też zrobić tak, że (gdy ogół nie akceptuje danego pomysłu w sposób jednoznaczny) ofiara tego (ćpun, pijak, ktoś, kto się nie ubezpieczył czy nie płacił podatków na to, by go leczono) sama ponosi koszta swej niefrasobliwości (inni mogą go co najwyżej dobrowolnie wesprzeć, jak my meneli, karmiąc ich w akcji Jedzenie Zamiast Bomb, co wspominamy, by pokazać, iż nie idzie nam o egoizm w duchu libertarian). Ale jak wspomnieliśmy to pomysł w stylu etatystycznym, nie wolnościowym, możliwy do realizacji tam, gdzie jest zgoda w ocenie danej działalności, pomysł na uczciwe państwo – płacę i wymagam, jestem wolny od opłat – odpowiadam sam za siebie. Stopień następny to odejście od prawa publicznego do prywatnego. Miast karać obligatoryjnie każdego, kto robi coś, czego kto inny nie akceptuje, rząd (ogół obywateli) uznaje się za niekompetentny w poszukiwaniu jednej – jedynie słusznej – odpowiedzi na wszystkie pytania. Każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie. Jak np. ktoś czuje się pokrzywdzony przez producenta tytoniu czy kompotu, uważa, że sekta porwała mu bliskiego, przeszkadzają mu obrazki z golasami, ma żal do kobiety, iż pozbawia go dziecka itd., to nie krzyczy od razu, żeby zakazać powszechnie obowiązującym prawem karnym każdego dragu, sekty, pornoli czy aborcji, ale wskazuje konkretnego winnego i na podstawie prawa cywilnego idzie z tym do sądu w swojej tylko sprawie. Może innym te niby-przestępstwa nie przeszkadzają – czemu im narzucać swoje rozwiązanie jako słuszne?

Kompromis

Czemu jednak ludzie (zwłaszcza urzędnicy) mieliby się zgodzić na to, by nie wtrącać się w życie innych? Jest kilka powodów, a najprostszy to koszty. Ściganie handlarzy narkotyków (dawniej i alkoholu) nie kładzie kresu nałogom, za to rozwija przestępczość (ryzyko sprawia, iż cena za towar jest duża, co zwiększa chęć pójścia ludzi tą drogą, możliwości dla korumpowania policjantów, polityków etc.), zwiększa ilość chorób (gdy towar nie jest legalny jego jakość jest niższa), a zatem i koszty leczenia. Ściganie aborcji nie kładzie jej kresu za to rozwija podziemie aborcyjne, ceny rosną a jakość usług spada, aż po próg zagrożenia życia pacjentki, co trudno uznać za obronę każdego życia. Podobnie w innych sprawach o niejednoznacznym społecznie odbiorze (nawet, kiedy nam wydaje się on oczywisty). Koszta mogą wynikać też z naprawiania skutków przymusu państwa (sądzimy, iż jest nieuczciwe, by żądać urodzenia dziecka, a nie dać kasy na jego utrzymanie), także, gdy wygrywa nie fundamentalizm a polityczna poprawność (uznanie małżeństw homoseksualnych oznacza, że w razie niewywiązywania się jednej ze stron po rozwodzie koszta ma ponieść państwowy fundusz alimentacyjny, co nie tylko zmniejszy kasę dla tradycyjnych rodzin, ale i zwiększy ilość więźniów siedzących za to na nasz koszt). Kosztami jest też rozpętywanie co jakiś czas dyskusji w tych sprawach, gdy w ważniejszych dla ogółu kwestiach (tego, że ludzie są biedni a rząd wydaje kasę na bzdury) lewicowym [czy liberalnym] albo prawicowym [czy konserwatywnym] rządom idzie nie tak. Dla stron konfliktu kosztem może być też ryzyko przegranej (a że mamy demokrację co cztery lata istnieje ryzyko zmiany przepisów prawa, co tylko podważa jego poszanowanie, bo jak można szanować coś tak niestałego, zwłaszcza, gdy mniej więcej połowa ludzi się z tym nie zgadza, a postawa ta przenosi się na całość prawa, także w tych kwestiach, gdzie kiedyś panowała zgoda w ocenie przestępczego charakteru czynów). Czy nie prościej uznać, że to nie nasza sprawa i nie wtrącać się w cudze, zwłaszcza, gdy nie chcemy ponosić kosztów tego?

Wolność

Pomysł maksimum jest prosty, władza precz! Ale, iż od czegoś trzeba zacząć, proponujemy najpierw, aby zrezygnować z regulacji prawnych (i to zarówno za, jak i przeciw narkotykom, ściganiu za poglądy, eutanazji, aborcji, pornografii, przymusowi szkolnemu, ślubom homoseksualnym, prostytucji, obowiązkowi ubezpieczenia etc.) tam, gdzie brak konsensusu społecznego w kwestii uznania wyżej wymienionych czynów za nie- lub -legalne, nie- lub -moralne etc. Niech każdy człowiek rozstrzyga we własnym sumieniu, a każda sekta na swój własny użytek te kwestie i po swojemu żyje u siebie, nie narzucając swych rozwiązań innym. Nic tu nie byłoby zakazane, ale jednocześnie nic nie byłoby uznane za legalne, czy wręcz nakazane, by nie gwałcić sumienia i wolności innych. Jak np. homoseksualiści chcą sobie zrobić show na nową drogę życia, niech im da ślub ich własny kościół, jak go nie mają – niech go sobie zrobią i nie zawracają głowy innym (sprawy majątkowe itp. może rozwiązać umowa cywilno-prawna). Jak ktoś chce dokonać aborcji, niech za nią płaci a nie żąda na to kasy od ogółu (w tym tych, którzy są jej przeciwni), jak koszt za duży, to niech myśli co robi, idąc do łóżka, albo wykupi sobie polisę dla nieodpowiedzialnych (anty)matek. Jak ktoś ćpa, niech sępi kasę na dworcu i nie dziwi się, że ktoś mu nie da, odpowiadając, że sam zarabia na swoje narkotyki (albo kupując towar odkłada w banku drugie tyle na czarną godzinę z zastrzeżeniem, że wypłata może się odbyć tylko dla szpitala czy przytułku). Itd., itp. Tylko tak (nie wtrącając się w cudze i o własne dbając sprawy) możemy być wolni, zaś swoje poglądy i postawę nazywać wolnościowymi, wszystko inne to bajki fundamentalizmu + politycznej poprawności, dzięki czemu (zakazami + nakazami) system trwa i rządzi.

Reklamy

6 Komentarzy Dodaj własny

  1. tranglos pisze:

    (a)
    Mimo nawiązania do Jedzenia Zamiast Bomb z tekstu nie wynika, czym właściwie takie rozwiązanie miałoby się różnić od ankapu. Ogólna teza zdaje się brzmieć: „jak chcesz coś mieć (w tym prawo do życia) to za swoje” = ankap.

    (b)
    „Tu idzie o sprawy, co do których nie ma zgody w najmniejszym stopniu (…) Oczywiście to społeczność ustala, co pod tymi pojęciami rozumie, ale nie zawsze panuje w tej kwestii zgoda.”

    – tu nastąpiło wiele mówiące zapętlenie 🙂

    (c)
    Aborcja nie jest kwestią „bycia (anty)matką” czy „kaprysu”, tylko kwestią fundamentalnych praw człowieka, a jeśli ta kategoria autorowi nie leży, to po prostu życia, zdrowia, godności i wolności. A realizacja tych praw nie może zależeć od stanu posiadania – w każdym razie w anarchizmie to coś nowego i intrygującego (chyba że ankap). Autor zrobiłby mądrze, gdyby przed publikacją skonsultował ten wątek z paroma anarchistkami.

    Polubienie

    1. Ana Michal pisze:

      Hehe… Przypomina to wiblerowski atak „zielonego” na „turkusowe”, pewnie stąd można mieć wrażenie, że Tranglos nie przeczytał tekstu.

      Polubienie

  2. tranglos pisze:

    (d)
    W kwestii narkotyków wiedza autora zatrzymała się jakieś 30 lat temu. Istnieje uzależnienie „fizyczne” (organizm uczy się, że potrzebuje, można leczyć farmakologicznie), ale to znaczna mniejszość przypadków. W większości wypadków używka ma ogłuszać jakiś dojmujący emocjonalny ból albo brak (leczenie tylko przez usunięcie przyczyny, tzn. człowiek musi się czuć potrzebny, akceptowany, kochany, mieć swoje miejsce i sens w życiu). Bibliografia np. Johann Hari: „Chasing the Scream” i w ogóle hasło „narkopolityka” w guglach, bo dużo się zmieniło przez ostatnie 30 lat.

    (e)
    „homoseksualiści (…) sprawy majątkowe itp. może rozwiązać umowa cywilno-prawna.”

    – dlaczego pary homo mają mieć tylko opcję umowy cywilno-prawnej? Są jakieś gorsze zdaniem autora?

    – nadal 100% ankap.

    (f)
    No kurwa, nie ma czegoś takiego jak neutralne prawo. Nie ma. Jeśli rodzic bije dziecko (facet kobietę, kapitalista robotnika, Pudzian cherlaka, policjant człowieka), a ty przechodzisz obok i nie reagujesz, to nie jesteś neutralny, tylko stoisz po stronie bijącego. Proponowany system daje pełnię wolności bogatym, a zero wolności niebogatym. No kurwa! Bogaci mają te wolności już dzisiaj; przedstawiony w tekście system jest już praktycznie zrealizowany przez kapitalizm. Jak masz kasę, to zrobisz aborcję w Berlinie, gejowski ślub weźmiesz w Barcelonie, ćpasz w swojej willi gdzie psy nie wchodzą, a podział majątku zorganizują ci na Seszelach.)

    Polubienie

  3. W największym skrócie (dla tl;dr):

    – system obecny: tyle wolności, na ile państwo ci pozwala, a tam gdzie nie pozwala, to tyle wolności, ile masz kasy

    – system proponowany przez autora: tyle wolności, ile masz kasy. To jest mniej, a nie więcej niż obecnie.

    Oraz:

    W społeczeństwie nie ma czegoś takiego jak pełna zgoda. Trudno znaleźć jedną kwestię, która dla kogoś nie będzie kontrowersyjna. (Niby dlaczego nie mogę sobie kupić niewolnicy z Białorusi? Dlaczego nie ma niewoli za długi? Dlaczego nie mogę sobie kupić doktoratu? Dlaczego nie mogę sobie kupić policjanta albo bomby atomowej?)

    Więc: jakie kryterium decyduje o tym, co wszyscy uważają za słuszne, a co jest przedmiotem sporu (a wobec tego prawo wycofuje się z tego obszaru)?

    Ostatecznie decydują wyznawane wartości (np. ważniejsze życie, zdrowie i godność czy ważniejsza własność prywatna?). Autor sugeruje, by w przypadku konfliktu wartości decydował stan majątkowy. Ankap. Mad Max. Somalia. No kurwa.

    (No chyba, że ten wpis to taki żart dla wtajemniczonych)

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s